IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Antonina Leszczyńska

Go down 
AutorWiadomość
Antonina Leszczyńska
Klub Żywiołaków
avatar

Skąd : Warszawa, Polska
Rok nauki : V

PisanieTemat: Antonina Leszczyńska   Wto Lis 11, 2014 9:11 pm

Antonina Helena Leszczyńska
V klasa | Wydział artystyczny | Kurs sztuk scenicznych - taneczny
Czysta krew | Warszawa, Polska | Majętna  

Entrée

She moved with such grace, had the bone-structure I could only wish for. Ribbons cascaded behind her back, along with her perfect straight, dirty blond hair.

Z niewysłowioną gracją rasowej baletnicy, przyszłej królowej światowych oper tańczysz klasyczne pas de deux z przystojnym, francuskim nauczycielem. Coraz mocniej zaciska palce w pasie, wbijając w żebra, jakby chciał cię naznaczyć jako własną śladem rozdzierających cienki materiał kostiumu paznokci. Jesteś jego malutką, mierzącą zaledwie sto pięćdziesiąt osiem centymetrów laleczką z delikatnej, nieskazitelnej porcelany, którą tak łatwo rozbić niewprawnym ruchem ramion, zmiażdżyć w silnych dłoniach, roztrzaskać przy nawet najlżejszym upadku o twardą, marmurową podłogę. Takie drobne piąstki, drobne kości, filigranowe ciałko jak u niewyrastającej małej dziewczynki, na którą wyglądałaś pomimo ukończenia siedemnastu lat. Babcie nadal wciskają ci w ręce cukierki, jakby miały do czynienia z roześmianą ośmiolatką.
Zawsze wyglądałaś, jakbyś urodziła się kilka lat później. Tymczasem z uwielbieniem mawiałaś, że przyszłaś na świat o przynajmniej jeden wiek za późno. Byłaś niczym dziewiętnastowieczna dama z wyższych sfer, archaiczna arystokratka z dobrym nazwiskiem, obracająca się wśród czarodziejskiej, polskiej śmietanki towarzyskiej, pełnej rażącej próżności, obrzydliwego bogactwa, wymienianych, sztucznych uśmiechów lub przypadkowego wylania kieliszka czerwonego wina na ładniejszą sukienkę córki szefa departamentu. Zakładałaś na drobne, filigranowe ciało imponujące warstwy ciężkiego materiału, piękne, zdobione suknie, które nosiła twoja babcia, prababcia, praprababcia, a gdy czasy stały się zbyt nowoczesne, schowano je w zakurzonych skrzyniach na strychu. Błękitny jedwab z obcisłym gorsetem ściskał twoją i tak wąziutką talię do rozpaczliwie małych rozmiarów, a ty udawałaś, że w ramach wyższych wartości prawie się nie dusisz. Wpatrywałaś się w misternie oprawione zwierciadło z początku dwudziestego wieku, szepcząc do swojego wyimaginowanego partnera na corocznym balu, w którym występowałaś jako debiutantka, dygając do własnego odbicia.
A potem chuchałaś w taflę, dopóki nie zaszła mgłą.
Jesteś spadkobierczynią stylu Marii Antoniny i Coco Chanel. Żyjesz dla obcisłych sukienek, pereł, bufiastych rękawów, koronkowych kryz i kapeluszy z szerszym rondem. Jesteś uosobieniem damy, z której twoja rodzina mogłaby być dumna, wyglądającej zawsze nienagannie, wyrażającej się perfekcyjnie, znającej języki obce, z angielskim i francuskim je ne sais quoi na czele.
Wszystko, by z księżniczki wychowanej wśród warszawskiej socjety, z szekspirowskiej Julii przemienić się w baletową Giselle Vernoya de Saint-Georges’a i Gautiera. Zwykłą, prostą dziewkę ze wsi, zmarłą tragicznie, wiłę tańczącą na brzegu jeziora w białej, zwiewnej sukience. Zaplatasz długie, sięgające pasa ciemne blond włosy w gruby warkocz, zawiązując na końcu błękitną wstążeczkę, zamykasz niebieskie, ogromne oczy i wirujesz w wydeptanym kręgu, en pointe, tańcząc samotną, póki co, wariację. To twoje naturalne środowisko rasowej, słowiańskiej wiły. Zamieniasz przestronne sale balowe i dopasowane kostiumy z baletkami na śnieżnobiałą szatę i bose stopy w leśnej aranżacji. Tylko twój francuski nauczyciel nie odstępuje cię na krok, podglądając zza wysokich krzaków, wpatrując się jak zaczarowany w twój pełen gracji taniec, jakiego nie widział nawet w swoich najpiękniejszych snach, gdy przewracał się o północy ze słowami na ustach „jesteś taka perfekcyjna moja księżniczko”. Nie czułaś się tak idealna, jaką cię malowali słynni malarze do portretów wieszanych w rodzinnej galerii na piętrze. Nie czułaś się tak idealna, jak mówił Francois. Byłaś wiłą, która mąciła w męskich umysłach.
Tak bardzo nienawidzisz tego, Antonino. Nie tak bardzo, by w furii wyrywać piękne włosy z głowy, nakładać mocny makijaż lub zakładać stare łachmany. Mścisz się na nich w jedyny znany sobie sposób. Ranisz ich, chwytasz ich pełne nadziei serca i kruszysz w zaciśniętych piąstkach na drobny pył, z obojętnością wymalowaną na twarzy obserwując, jak powoli znika w nich chęć do życia. Łamiesz ich. Niszczysz. Zabierasz ostatnie, miłosne tchnienie. Zmuszasz, by wyszli z krzaków i przyłączyli się do twojego szaleńczego tańca do samego świtu, dopóki nie padną z wyczerpania, a ty włożysz na ich głowy wianek z białych kwiatów, zamiast wiązanki na grobie. Okrutna królowa ich serc, która w jednej dłoni ściska bukiet jak berło, na głowie nosi królewską koronę ze stokrotek i maków. Najchętniej patrzyłabyś ze śmiechem szaleńca na samobójstwo Zygfryda, nie opłakiwałabyś Alberta.
Straciłaś już wiarę.

Adagio

One step ahead, and three steps left, sous sus, plié, and pirouette.
Let me dance adagio. Will you play me the piano?


Trzęsącymi się dłońmi wiążesz plączące się nieustannie długie wstążki baletki, poprawiasz niesforne kosmyki blond włosów, wymykające się ze starannego koka, odwracasz wzrok niebieskich tęczówek od widoku w lustrze. Liczysz oddechy, wypuszczasz powietrze z płuc w rytm uderzeń starego, ściennego zegara w garderobie, który odmierza czas do twojego wyjścia w wielki świat reflektorów, morza pochlebstw, ocen ludzkich. Jeszcze minuta, pół, sekunda, dusisz się ekscytacją, taszczysz na plecach presję, dzielnie wytrzymujesz ostry, palący twoje ciało wzrok własnej matki siedzącej na widowni, masy obcych twarzy, tkwiące w powietrzu wyzwanie, tkwiące na kpiących ustach twojej rywalki, której masz ochotę krzyknąć "żałosna amatorko, jestem lepsza od ciebie!"
Pławisz się w ich zainteresowaniu, w ich pozornie obojętnych spojrzeniach, by na sam koniec wykonać najpiękniejszy ukłon wieńczący twe dzieło, a masa marionetek na sznurkach klapie w swoje drewniane ręce, przekrzykuje się w nadmiernym gwarze, zaś ty za kulisami utoniesz w przesłodzonych słowach uznania, popłyniesz w latających wokół twojej głowy płatkach róż. Zdajesz się żyć dla poklasku innych, ich aprobaty, jednak dlaczego paradoksalnie kręcisz na stwierdzenie głową, pochylając ją do podłogi w czeluściach ciemnej komnaty, a mnie wyrzucasz z pomieszczenia wraz z gradem obelg?
Bujasz się radośnie na świeczniku, próbując z niego nie spaść prosto w ramiona zapomnienia.
Patrzysz się intensywnie w duże, bogato zdobione lustro, wyglądające na jedno z tych o długiej historii, przeżywające wywozy z kraju do kraju, przenoszone z rąk do rąk, kończące swój żywot w jednej chwili, gdy własną, pokaleczoną pięścią rozbijasz je w drobny mak. Przecież ty nigdy się nie denerwujesz, Antonino. Twojej uroczej twarzyczki nigdy nie szpeci nieładny grymas złości, bólu, nieustannie gości na niej obojętny wyraz, nieszczery uśmiech lub tradycyjna pogarda. Grasz przez całe swoje życie piękną, zamkniętą za szybą na wystawie porcelanową laleczkę w pozytywce, która obraca się, nie mówi, nie oddycha, nie czuje. Tak jest o wiele prościej, prawda? Oszukujesz ludzi, którym ślepo pozwalasz wierzyć w to, że znają cię na wylot, udajesz, że ich lubisz, chociaż nie są ci tak bardzo potrzebni. Dręczysz ich własnymi załamaniami, gdy potrafisz wybuchnąć nagłym śmiechem, potem płaczem, następnie dotkliwie zranić źle dobranymi słowami. Nie robisz tego specjalnie, nie utrudniasz dla własnej satysfakcji. Czasami powinnaś przyznać, że kiepsko idzie ci utożsamianie się ze stojącą dumnie na twojej półce porcelanową laleczką w błękitnej sukience.
Każdy nienawidzi Odile, czarnego łabędzia, złej bliźniaczki, ty jednak ją uwielbiasz. Darzysz chorą fascynacją, nazbyt często pochłania cię na tyle, że na twoich ramionach wyrastają czarne jak smoła pióra, ostre jak brzytwa, którymi gotowa jesteś podcinać gardła. Taka podstępna. Świat nigdy nie jest sprawiedliwy, środowisko baletowe to istny wyścig szczurów i fałszywych twarzy, nie zna litości, więc ty też nie dajesz nikomu taryfy ulgowej. Topisz w błocie każdego dla własnych egoistycznych korzyści, jeśli staje ci na drodze. Wbijasz nóż w plecy, do baletki wrzucasz szpilki i patrzysz ze śmiechem szaleńca, jak ofiara wyje z bólu, tniesz kostium rywalki i z niewinnym uśmiechem znosisz jej pełne wściekłości okrzyki. Preferujesz spiski i intrygi, nie obca ci ironia i sarkazm, używasz tego z uwielbieniem. Łatwiej jest nienawidzić, niż naiwnie zaufać i przez lata spłacać swój błąd, prawda?
Jesteś człowiekiem, pamiętasz? Jesteś białą łabędzicą. Niewinną, słodką Odette. Potrafisz znaleźć na tym obłudnym padole kogoś, komu bez zawahania powierzysz tajemnice, zetrzesz fałszywy uśmieszek, otworzysz się, zaśmiejesz całą twarzą. Za przyjaciółmi skoczysz w ogień, bez litości ich pomścisz. Czasami ci się to przypomina.
Jednak każdemu, bez wyjątku, kłamiesz jak z nut. Wypracowałaś idealnie sztukę mydlenia oczu, by ukryć swoje lęki i słabości. Jesteś zbyt dumna, by przyznać, że czasami cokolwiek cię przerasta. Bardzo głęboko w sobie ukrywasz schizofrenię i chore dążenie do perfekcji. Sama toczysz walkę na polu bitwy ze swoim alter ego, które stało się głównym powodem dla tłuczenia luster, kaleczenia się odłamkami. Nienawidzisz go bardziej, niż największej zdziry z kursu, demotywuje i motywuje cię jednocześnie. Zmusza do największych wyrzeczeń w imię perfekcji, wykańcza, dla niej zapominasz o podstawowych potrzebach życiowych, nie jesz, nie śpisz, ćwiczysz, by być lepszą, lepszą, lepszą! Nikomu nie powiesz, że zbyt często osuwasz się na ścianę, obserwując stróżki krwi, licząc szklane odłamki, bez nadziei, zrezygnowana, opuszczona. Dlaczego nie chcesz sobie pomóc, tylko uparcie twierdzisz, że ta chora motywacja, chociaż jej nienawidzisz, pomaga?
Jeszcze przynajmniej masz na tyle sił, by tupnąć nogą i wyjść z dołka, chociaż prędzej czy później znów do niego wpadniesz.
Dzielisz życie sama ze sobą. Nie jesteś Odette czy szekspirowską Julią, bohaterkami powieści Jane Austen ani masą innych nastolatek naiwnie wierzących w istnienie czegoś takiego jak miłość. Od pierwszego wejrzenia. Wierny mężczyzna. Ideały nie istnieją, książę już sam rzucił się z klifu w odmęty jeziora. Nie ufasz mężczyznom, wolisz ich ranić, odtrącać, flirtować w chwilach własnej słabości, by zakończyć wszystko z hukiem. Nie jesteś suką. Po prostu się boisz. B o i s z. Chcesz tego, ale rozrywa cię niepewność. Potrzebujesz męskiego ramienia, o które możesz się oprzeć, poczuć bezpieczeństwo, żyć jeszcze dla kogoś na tym nędznym świecie. Kłamiesz, że jesteś kobietą sukcesu, skupioną na swoich hedonistycznych pragnieniach, tylko na balecie. Kłam dalej, kochanie. Niech te dwie strony rozerwą cię na strzępy, duch romantyczki dalej się dusi, zamknięty w twoim wnętrzu na cztery spusty z zaklejonymi ustami.
Wciąż tańczysz ze złością za kulisami.

Variation

Mommy, I work really hard in my tights and leotard. My toes hurt from those pretty shoes, but now I am a ballerina too.

Nie potrzebujesz królewskich tytułów, śmiesznych przedrostków przed imieniem, by poczuć się sztucznie wyjątkowo jak współczesna, brytyjska arystokracja, napompowana jak dziecięcy balonik. Mimo to nieoficjalnie mawiali do ciebie „lady” lub właściwie „panienko”, najlepiej z eleganckim pokłonem, dygnięciem, uniesieniem kapelusza lub ucałowaniem w niezakrytą rękawiczką dłoń. Na serdecznym palcu nosisz odziedziczony po prababci stary, zaręczynowy pierścionek z białego złota, iskrzący się w blasku świec dziesiątkami malutkich diamentów. W upiętych w niedbały kok włosach wpięty masz wyciągnięty spod sterty biżuterii nieco staroświecki grzebień z niebieskim kamieniem, który tak pasuje do twoich nieco wyblakłych tęczówek. W baletowym kostiumie wymachujesz rozkołysaną, rozwiązaną baletką na małych stópkach, leżąc wyciągnięta niczym kotka na szezlongu, obserwując kątem oka przemykające po kątach skrzaty domowe, kiwając paluszkiem na służące ubrane jak dwudziestowieczne pokojówki. Na obiad jadasz samotnie z porcelanowej zastawy w eleganckiej jadalni z ręcznie malowaną tapetą w kwiaty w stylu tej z pałacu Buckingham, przewracasz się w nocy z boku na bok na jedwabnej pościeli, spacerujesz wśród idealnie przystrzyżonych trawników, patrząc na rozległe, niczym płynne, dywany czerwonych róż, pnących się po ścianach podwarszawskiego pałacyku.
Opływasz w bogactwa, o jakich zwykłym śmiertelnikom się nie śniło. Niemal parskasz śmiechem, słysząc jęki mugoli o niesprawiedliwym, złodziejskim rządzie. Z obojętnością przyjmujesz różnego rodzaju obraźliwe wyzwiska, jakbyś przed urodzeniem wybrała swoje pochodzenie. To jak wygrana na loterii, skarbie. Wygrana genów. Zaprzeczaj, że nie jesteś nieco rozpuszczoną księżniczką, wychowaną wśród warszawskiej socjety, która na dobrą sprawę nie zaznała innego życia. Nie jesteś materialistką. Nie epatujesz diamentowymi kolczykami, które dostałaś na urodziny, ani najnowszą kolekcją francuskiego projektanta lub chociażby kolejnymi wycieczkami do Paryża lub Sankt Petersburga, gdzie doskonaliłaś swoje umiejętności taneczne pod okiem wykwalifikowanych choreografów. To twoja codzienna rutyna. Nie przeszkadza ci wrzucić galeona do wygryzionego przez mole kapelusza pewnego bezdomnego na ulicy.
Antonina Helena Leszczyńska, młoda dziedziczka arystokratycznej fortuny, rodowa perła, brylant w koronie. Jedyne dziecko osobistego doradcy ministra magii, Aleksandra i eleganckiej bywalczyni salonów, światowej sławy primabaleriny Julianny, której gwiazda nieco przygasła po niefortunnym występie w brytyjskiej operze podczas spektaklu Fires of Love, gdy posypały się gromy za tak jawne akty przemocy. Cóż, wysoko urodzonym się wybacza. A elita szybko zapomina o malutkiej gafie, gdy znajdzie inną ofiarę, by wziąć ją na języki i wypalać dziurę podczas coniedzielnych spotkań przy filiżance herbaty z jaśminem, pijanej z francuskiej porcelany. To tak samo okrutny świat, jak balet, miejsce, gdzie nie możesz pozwolić sobie na nawet najmniejsze potknięcie czy błąd, jeśli nie chcesz runąć z hukiem na samo dno. Jesteś idealnie zmanierowana. Z zasadami etykiety w małym paluszku, wykształceniem zdobywanym z roku na rok, utalentowana, perfekcyjna mała laleczka w błękitnej sukience z marmurowego gzymsu kominka.
Nie możesz roztrzaskać się o podłogę.

Coda

Pain, balancing on a flawlessly pointed foot, a reminder of the bleeding toes, the blistered joints, and the cracked skin of her heels.

Tendu, dégagé, grande battements, plié. Suniesz palcem po drewnianym drążku, wpatrując się we własne odbicie, skupione niebieskie tęczówki, smukłe, drobne ciało baletnicy. Oddychasz powietrzem zakurzonego pomieszczenia, zmieszanym z delikatną wonią wanilii, poprawiasz niesforne kosmyki wymykające się z nieskazitelnego koka. Kiedy tancerz tańczy, ziemia pod nim jest święta. Kochasz się w słowach Marthy Graham, święcie wierzysz, że jesteś wcieleniem Margot Fonteyn, a w uszach dźwięczy ci muzyka, do której tańczyła w paryskiej magicznej operze Yvette Chauviré, nim przeszła na emeryturę w blasku chwały. Zakochana jesteś w ich perfekcji, delikatnych ruchach, z szaleństwem w oczach trenujesz w pustej sali na parkiecie, jakbyś miała przed sobą publiczność, która w ogłuszającym aplauzie oklaskuje twoje chwytające serce wyczyny. Piękna, porcelanowa baletnica z pozytywki pośród brzydkich, szmacianych lalek. Pragniesz być najlepsza, zostać primabaleriną, wysłać pocztówkę z Paryża lub Sankt Petersburga z szyderczym uśmiechem pod spodem, zmywając z ich twarzy fałszywe uśmiechy, wydzierając z ust fałszywe pochwały. Do baletek wrzucasz szpilki, do wody truciznę, tniesz kostium na drobne paseczki, śmiejąc się z ich ataków furii po drugiej stronie, z niewinną minką znosząc ich wyrzuty. To tylko zapomniane, skrzywdzone przez los ofiary. Ludzie niewarci uwagi. Mijasz ich codziennie na szkolnym korytarzu z wypracowaną maską obojętności lub pogardy, zrywasz ją momentami w chwilach słabości, gdy do twoich drzwi zapuka zwykłe, przypisane ci człowieczeństwo. To tylko marionetki w twoich zgrabnych rączkach, którym ucinasz sznureczki, gdy przedstawienie dobiegnie końca i rzucisz je w kąt. Kłam, że perfekcja cię nie pochłania, nie wylewasz morza łez i potu w zaciszu własnego pokoju, nie tłuczesz luster, nie kaleczysz się odłamkami, a w widoku krwi nie znajdujesz dziwnego ukojenia, podobno jak w odczuwalnym bólu zmaltretowanych po morderczym treningu stóp. Zaprzeczaj samej sobie, że nie jesteś chora. Nie określisz siebie czymś tak plugawym jak schizofrenia. Kręcisz się wokół własnej osi na środku sali, ignorując obecność alter ego. Twoja stara, dobra przyjaciółka, twoja kochanka, ale i największy wróg, twoja motywacja, która pchnie cię w błoto, kochasz ją tak samo, jak mocno chcesz wbić w jej odzianą w czarną, pierzastą sukienkę pierś największy odłamek zbitego w afekcie lustra. Tanecznym krokiem podbiega do ciebie z pustej ramy, gdy ze świstem wdychasz powietrze na brudnej podłodze, by zaśmiać się w twoje małe uszko głosem tak nieludzkim, że przez chwilę dreszcz strachu przebiega przez twoją skórę jak prąd. Jesteś silna, Antonino. Walczysz z nią, mimo że jest jak wiatrak. Wspinasz się, zyskujesz aprobatę w oczach innych, by ambicje cię przerosły i zepchnęły z gzymsu kominka wprost na twardą ziemię. Rozbijasz się i powstajesz w jedno, każdorazowo z widocznymi rysami i grożącymi ponownym rozsypaniem skorupkami porcelany. Masz własny świat, do którego nie dopuszczasz nikogo, zanurzasz się w dźwiękach Jeziora Łabędziego i własnych, płynnych ruchach, wyobrażając siebie jako królową łabędzi, Odette, ogarniętą wilowym szałem Giselle, niewinną Klarę, zmysłową Carmen. Jesteś każdą z nich. Każde wyrzeczenie obkupione szczątkowym uśmiechem własnej matki jest dla ciebie warte każdej przelanej kropli i spływającej po policzku łzy, nieprzespanej nocy i wykonanej przez bezsenność arabeski. Zabrała ci dzieciństwo w wieku sześciu lat, gdy dorwałaś w swoje malutkie rączki jej stare baletki, by następnie biegać po rozległym pałacyku, niemal potykając się o długie wstążki, a słusznego wieku i renomy babcia mamrotała o nieprzyzwoitym, jak na młodą damę, zachowaniu. Natalia patrzy z przestrachem, gdy widzi twój obłęd i upór, Karolina kręci głową, choreografka rozpływa się jak pozostawione w letnim słońcu lody waniliowe, połowa kobiet chce wydrapać ci oczy, gdy porywasz do swojego wiłowego tańca ich chłopaków. To twoje życie i twoja bajka. Twoje marzenie i koszmar. Nie wydostaniesz się już z niego. Nie rozróżniasz jawy od snu. Nawet zapisanie do amerykańskiej szkoły magii słynącej ze wspaniałego kursu tanecznego nie obudzi cię.
O pocałunku wyśnionego księcia nie wspomnę.
Powrót do góry Go down
 
Antonina Leszczyńska
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Archiwum :: Kartoteka-
Skocz do: