IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Daphne Delacroix

Go down 
AutorWiadomość
Daphne Delacroix

avatar

Skąd : Los Angeles, Kalifornia

PisanieTemat: Daphne Delacroix   Pon Paź 27, 2014 11:47 pm

Daphne Delacroix
27 LAT | NAUCZYCIEL PRAWA CZARODZIEJÓW | CZYSTA KREW
LOS ANGELES, KALIFORNIA | MAJĘTNY  

CZTERY SUKNIE ŚLUBNE

Zawsze potrafiłam się przystosować.
Zrobić słodką minkę, w odpowiedni sposób odgarnąć włosy, zamrugać oczami. Na głowie mam koronę, w ręku dzierżę berło a na stópkach lśnią mi diamentowe pantofelki. Popatrz na tę gwiazdkę z nieba, chcę ją teraz-zaraz. Już jest moja, pamiętasz?
Nie mam już siedemnastu lat, a diamentowe pantofelki wciąż leżą jak ulał.


PIERWSZA

W moich oczach nie ma człowieka, który by mnie nie uwielbiał. Bo jak można nie, jestem słodka, urocza, taka milutka, wręcz do rany przyłóż. Oczywiście, dopóki dostaję czego chcę – z chwilą, w której zaczyna doskwierać brak potrafię zmienić się w prawdziwą jędzę. Jestem też jędzą, kiedy nie mogę się należycie wyspać. I kiedy kończą się w sklepach moje ulubione rzeczy. Najbardziej na całym świecie nie lubię czekać. Czekanie mnie morduje!
Przymierzając pierwszą suknię ślubną miałam dziewiętnaście lat. Rok dziewięćdziesiąty czwarty To czasy, kiedy jeszcze wszyscy otwarcie przyznawali się do słuchania Madonny. Była krótka. Z długimi rękawkami. Bardzo w stylu Sharon Tate, już wtedy można było się na niej wzorować bez obawy o nazwanie nieczułą szmatą. Chciałam pójść na boso z wiankiem we włosach, hipisi już dawno przestali być kojarzeniu tylko z ciężkimi dragami, to były lata siedemdziesiąte.
Nie było ważne kiedy, data została wybrana przypadkowo, żadnej symboliki. Żadnych sentymentów. Żadnych uczuć. Jak z pierwszym narzeczonym. Byłam wściekła na mojego ojca, uznał, że kariera modelki nie jest szczytem moich możliwości. Postawił ultimatum albo-albo.
Nigdy wcześniej tego nie zrobił.
Zamiast mnie świat poznał Kate Moss. Ma czego żałować.
Nie wiem, nie wiem co lubię. Wiem za to czego nie lubię – nie lubię tłumów, nie lubię milczeć, nie za długo, nie lubię bezsensownych wycieczek, robaków, spędzania czasu na łonie natury (choć kocham gwiazdy, gwiazdy w swojej nierzeczywistości są tak piękne), nie lubię jeść – choć czasem łapie mnie głód i wtedy zajadam się wszystkim co popadnie, najlepiej by było słodkie, nie lubię ćwiczyć, nie lubię się tłumaczyć, nie lubię rozmawiać o uczuciach, szczególnie swoich. Nie lubię się na siłę dostosowywać – życie mam tylko jedno, wyłącznie jedno, przynajmniej tym karmiono mnie od dzieciństwa. Więc skoro mój czas wciąż się kurczy, z każdą świeczką czuję to coraz bardziej, dlaczego mam podporządkowywać się regułom, które mi nie pasują? Wolę, usilnie, uparcie niczym wół, z uporem maniaka, naginać świat do własnych potrzeb. Od dwudziestu siedmiu lat. Bo, przykładowo, kocham spać – ale w dzień, noc jest najpiękniejszą porą dnia, właśnie wtedy najlepiej mi się myśli, kocha, je, słucha muzyki, sprząta – po prostu żyje. Kocham patrzeć na wstające słońce. Właśnie – słońce, nie lubię go. Bo parzy moją skórę, oślepia, sprawia, że jest gorąco. Wolę kiedy pada deszcz. Shirley Manson śpiewa „I’m only happy when it rains” (znacznie lepszy kawałek niż „It’s raining man, hallelujah!”) mogłoby to posłużyć za moje życiowe motto. Jedno z wielu. To się nie zmieniło. Często słysząc różne cytaty myślę: „O, to mogłoby być moje życiowe motto”. I kiedy byłam młodsza ciągle o nich zapominałam. Chciałam pamiętać – ale wtedy wszystko ulatywało mi z głowy. Miałam nawet specjalny notes i pióro, zawsze w torebce, obydwa piękne – obiecywałam sobie, że będę zapisywać tam rzeczy, o których chce pamiętać, pomysły, jakich nie mogę zapomnieć, a nawet wydarzenia, których nie chcę przegapić – nigdy nic z tego nie wychodziło. Nie wtedy.
Podobnie z planami pierwszego zamążpójścia. Zanim upleciono wianek pogodziłam się z tatą i uznałam, że ślub w tak młodym wieku jest idiotyczny. Stać mnie na znacznie więcej niż tanie kontrowersje. Stać mnie na wszystko.
Dzisiaj pamiętam o wszystkim. Specjalny organizator na dnie torebki, pióro z platynową stalówką.
Jestem znacznie mądrzejsza niż myślisz.

DRUGA

To były czasy kiedy wszystko waliło się w gruzy. Świat, który znałam doskonale, w którym czułam się bezpiecznie zmieniał się na moich oczach w coś chaotycznego, niezrozumiałego – chorego. To nic. Przecież potrafię się przystosować do każdych warunków. Już w szkole wiedziałam z kim się przyjaźnić, obok kogo zakręcić i na kogo mrugnąć, by było mi najlepiej. Więc się namrugałam. Nauśmiechałam. Poodgarniałam włosy. Pokręciłam biodrami. I dostałam to, czego chciałam. Duży, rodowy pierścionek na palcu (poprzedni był straszny, trochę tandetny, pewnie z jakiegoś targu staroci). Miejsce we wszystkich lożach honorowych. Pierwsze rzędy. Czerwone dywany. Wielki dom z marmurowymi podłogami. Wpis na listę uprzywilejowanych zawsze i wszędzie.
Wciąż robi mi się dołeczek w policzku, gdy się uśmiecham.
Lubię też swoje nadgarstki. Jak wtedy gdy byliśmy młodzi. I pęciny – to takie śmieszne słowo, dalej mnie bawi. Mam naprawdę ładne nogi. Kiedy byłam znacznie młodsza, jeszcze bezkształtna, nazywano mnie pieszczotliwie głowonogiem. Zgadnij dlaczego. Kiedy byłam naprawdę mała… Jeszcze przed szkołą. Tyle się wtedy działo w moim życiu, ja i papa, wciąż mam zdjęcia. A ledwie to pamiętam, wiek robi swoje.  Dwadzieścia siedem lat, pora zainwestować w myślodsiewnię.
Rzeczywiście, od zawsze, najbardziej lubię jednak te swoje nadgarstki. To trochę śmieszne, a i owszem, ale uważam, że są naprawdę ładne. Takie… delikatne. To bez wątpienia najbardziej delikatna część mojej osoby, choć to słowo całkiem nieźle definiuje mnie całą. Kiedyś mnie to denerwowało, teraz cieszę się, że wyglądam na młodszą niż mam wpisane w metryce (nie powiem, pomagają mi magiczne eliksirki, ale kto chciałby wyglądać jak kobieta przed trzydziestką?!). Kiedyś dzięki temu nie musiałam przygotowywać do egzaminów i dostawałam cukierki na kaszel na każdym przystanku autobusowym. Dawniej lubiłam nimi jeździć. Czułam się jak mała buntowniczka w autobusie linii B.
Ci wszyscy starsi ludzie, którzy lubili mnie zaczepiać, opowiadać historie swojego życia, dawali te paskudne cukierki na kaszel. Na zdrowie, żebym rosła duża.
Urosłam akurat.
Och, wszyscy dają się nabrać na mój wygląd. Nawet teraz – chociaż nie jeżdżę dzisiaj metrem, ani nie potrzebuję piątek na świstkach papieru. Teraz szukam wygody.
Taka śliczna. Taka urocza. Taka delikatna. Prawdziwa syrenka.
Dobrze mi w purpurze. To kolor królewski. Doskonale odnajdywałam się w roli Wielkiej Pierwszej Damy (co z tego, że prawie), rozstawianie ludzi po kątach, te sztuczne uśmieszki, wymiany uprzejmości i kryształowe kieliszki wypełnione szampanem. Bale na zwłokach, publiczne egzekucje, wbijanie noży w plecy.
Skoro było mi tak wygodnie – dlaczego do diamentu otoczonego rubinami nie dołączył złoty krążek? Dlaczego nie włożyłam swojej olśniewającej sukni z długim welonem, dlaczego nie odbyło się wesele na dwa tysiące gości, dlaczego dwanaście druhen nie włożyło swoich paskudnych (żadna nie będzie mnie przyćmiewać) sukienek?
Zmęczyłam się.

TRZECIA

Raz w życiu byłam bliska p o k o c h a n i a. Po raz drugi.
To takie banalne – Paryż. Malarz. Wieża Eiffela i przestronne poddasze. Wszystko o zapachu Channel no 5.
Kochać, potrafię kochać. Na wieki. Potrafię się też za-kochać. Tak mocno, do krwi, kości, ale – krótkotrwale. Moje uczucia są niczym pochodnia, choć płoną pięknym ogniem, aż na zabój, szybko się wypalają.
Zawsze odchodziłam jako pierwsza. To mniej boli, nie boli w ogóle, tylko czasami leżąc w łóżku/na trawie/na szczycie kilkunastopiętrowego budynku/dachu wiejskiej chatki zastanawiam się, co dzieje się z ludźmi, których spotkałam na swojej drodze. Twarze, tyle twarzy, pięknych twarzy, tyle różnych historii. I wspomnień, tych miłych. Urywek, jakby scen z filmów.
A każda z tych filmowych scen nosi ze sobą kawałek mnie – i nosić będzie już do końca życia.
Paryż nie był planowany. To miał być tylko przystanek, wakacje, odpoczynek, grzane wino po zimnej, chorej Skandynawii.
I to nie był żaden piorun z jasnego nieba, chociaż seks był cudowny. To nie była żadna miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż wtedy myślałam, płonąca świeczka, że tak będzie już zawsze. To było pięć miesięcy.
W piątym miesiącu ciąży dziecko ma już linie papilarne na opuszkach palców.
Pierścionek tym razem był skromny, szafir na starym złocie, mam go do dzisiaj. Sukienka prosta, podkreślająca zaokrąglenia. I bukiet stokrotek. Stokrotki zawsze były moimi ulubionymi kwiatami.
Potem przez chwilę bolało. Zrobiło się czerwono – od krwi. W szpitalu zabrali mnie do małej salki, kilku mężczyzn ponachylało się nad moim kroczem przekrzykując się po francusku. Pielęgniarka wstrzyknęła mi do żył truciznę, dookoła zrobiło się ciemno. Dziwna to była ciemność. Jakby – klejąca. Jakbym pływała w gęstej smole. I kiedy w końcu udało mi się wypłynąć na powierzchnię nie było już linii papilarnych na małych palcach, bicia drugiego serca. Ruchów. Życia. Powiedzieli, że nie będzie nigdy więcej.
Trzecia ślubna sukienka została w szafie, kiedy pakowałam walizki.

CZWARTA

Wtedy chciałam odpocząć.
Kiedy byłam nastolatką twierdziłam, że urodziłam się na złym kontynencie. Od zawsze wzorowałam się na kalifornijskich Valley Girls, majestatycznie przechadzających się po deptakach w L.A., czytających Vouge’a, kupujących dla zabawy drogie ubrania i jeżdżących kabrioletami bez dachów. Urodzona gwiazda, choć wciąż uważam, że nigdy nie nakręci się o mnie filmu. Od zawsze promuje się te brzydkie, grube baby pokroju Bridget Jones. Szkoda, że nie zagrała jej Molly R. (przeklęta Molly!). Świat nigdy nie pozna mojej ekscytującej historii. Ale rozumiem! Przecież romansidła oglądają właśnie te brzydkie, nieszczęśliwe kobiety wierząc, że książę z bajki wybierze jednak je i będą już wiecznie szczęśliwe. Niedoczekanie!
Już się nie denerwuję, nie tak szybko jak kiedyś. Dawniej niewiele było trzeba – krzywe spojrzenie, nierozważne słowo, potrafiłam szarpać za włosy i wbijać w skórę paznokcie. Teraz? Teraz jest to obojętne. Inni ludzie. Szepty za plecami. Jedyne co ma dla mnie znaczenie to bezglutenowe pieczywo na śniadanie i brak miąższu w soku z pomarańczy.
Za to lubię biegać. Lubię uciekać. Oraz odpoczywać pomiędzy pakowaniem walizek.
Chociaż miałam dwadzieścia sześć lat nie czułam się dorosła.
Skoro zawsze czułam się jedną z Valley Girls – dlaczego nie Kalifornia? Słoneczna Kalifornia… Potrzebowałam zmiany. Europa stała się zbyt ciasna. Zbyt smutna. Pełna duchów. Wzięłam krem z filtrem. Kupiłam bilety. I zostałam, na dłużej. Po miesiącu doszłam do wniosku, że ludziom od nadmiaru gorąca topią się mózgi. Po roku byłam już wykończona. Dobieraniem serwetek pod obrusy, czcionkami do zaproszeń, układaniem listy gości i rozsadzaniem ich przy stolikach. Zmęczona przymiarkami, czwarta suknia, dzieło sztuki. A raczej dzieła, czwarta suknia miała kilka odsłon, nie mogłam się zdecydować.
Zmęczyłam się. Po raz kolejny.
Rzut monetą, Osaka, miała być kolejna wycieczka na koniec świata. Pewnie na stałe, żółty brylant w białym złocie coraz częściej znikał z palca. Bez niego czułam się znacznie lepiej.
Nie pamiętam teraz czy tamtego dnia miałam go na sobie? Może? Nie?
Wiem, że ostatecznie wylądował w śmietniku. Tak po prostu..

TAK

Po dziesięciu latach, powiedziałam tak. Tak po prostu.
Bez ślubnej sukienki.

Powrót do góry Go down
 
Daphne Delacroix
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Daphne Rowle

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Archiwum :: Kartoteka-
Skocz do: